Płyta „Aqualung” wydana 19 III 1971 r. przez wytwórnię Chrysalis Records w powszechnej opinii uchodzi za jedną z najlepszych lub nawet najlepszą w dyskografii szkocko-brytyjskiego zespołu Jethro Tull. Dowodem jego jakości artystyczne były wysokie oceny tego albumu w prasie branżowej tuż po jego wydaniu, ale także wielka popularność tej płyty wśród publiczności trwająca praktycznie do chwili obecnej. Był to też najlepiej sprzedający się album tego zespołu w jego dotychczasowej historii. Ja także uważam, że to pod względem muzycznym bardzo dobry album zaopatrzony dodatkowo w ładną i intrygującą okładkę. Jednak raczej nie nazwałbym go moją ulubioną płytą zespołu Jethro Tull. Sukces tej płyty, to raczej przykład zbiegu różnych okoliczności, na co złożyły się: stworzenie przez Andersona nowej muzyki satysfakcjonującej jego i publiczność, pozytywnymi ocenami krytyków muzycznych (a jak wiadomo Ci zawsze mają rację, bo pochodzą z Wielkiej Brytanii lub USA), a także wstrzeleniem się grupy ze swym nowym repertuarem w „muzycznego ducha epoki”. Ale też nie chciałbym, aby ktoś odbierał te słowa jako znak, że nie lubię tej płyty. Także ją lubię, choć nie bezkrytycznie i zawsze pamiętam o tym, ze bardziej lubię słuchać niektórych innych albumów tego zespołu, np. „Benefit”. Tak więc piszę te parę słów o tej płycie nie będę zarazem jeszcze jednym z licznych bezkrytycznych pochlebców rozpływających się w pochwałach jej temat”.
Po raz pierwszy usłyszałem tę płytę w dwóch audycjach radiowych z cyklu „Katalog nagrań” nadanych w Programie III Polskiego Radia 26 października i 2 listopada 1983 r. W pierwszej z tych audycji nadano trzy pierwsze utwory, a resztę zaprezentowano w drugiej. Udostępnienie w tej audycji przez Grzegorza Wasowskiego całej dyskografii zespołu Jethro Tull była wtedy wielką atrakcją, bo mało kto w Polsce tego czasu miał zachodnie płyty, a tym bardziej wszystkie z dyskografii danego wykonawcy. Zachodnie płyty winylowe były bardzo drogie i trudno osiągalne. Przeważnie każda kosztowała prawie miesięczną przeciętną pensję w PRL, czyli ok. 20-25 dolarów. To był smutny czas i ktoś, kto nie żył w tamtej epoce nie może nawet sobie wyobrazić tego jaka panowała bieda i beznadzieja – także w zakresie dostępu do muzyki. Pamiętam, że już wówczas przy zapowiedzi tego albumu padały sformułowania o tym, że jest o płyta przełomowa i najlepsza.
Album „Aqualung” był czwartą z kolei płytą długogrającą zespołu Jethro Tull. Jego inność muzyczna w stosunku do trzech poprzednich płyt wynikała z ewolucji stylu muzycznego lidera zespołu Iana Andersona, którzy po raz pierwszy poczuł się pewniej jako twórcą i kompozytor. Napisał on do piosnek tego albumu wszystkie teksty, poza jednym, a także skomponował do nich muzykę. Jedynie w tytułowym utworze tekst napisała jego ówczesna żona Jennie Anderson. Muzyk skomponował większość z nich w trakcie przerw w amerykańskiej trasie zespołu promującej album „Benefit” w drugiej połowie 1970 r. Jednak pierwszy utwór na tę płytę, „My God”, powstał już w kwietniu tegoż roku. Zgodnie z planem miał to też być docelowo tytuł całego albumu. Ale zrezygnowano z tego z powodu bootlega o takim tytule jaki się wcześniej ukazał. Był to też pierwszy album Tull na który Anderson, wzorem Roya Harpera, skomponował cały jego repertuar na gitarze akustycznej, ale pewien wpływ wywarła na nie także twórczość szkockiego piosenkarza folkowego Berta Janscha m.in. lidera grupy Pentangle. Dopiero potem reszta zespołu dodała do tych szkiców akustycznych instrumentację, a inne pozostawiła w pierwotnej formie dopracowanej potem przez Andersona. W wyniku takiego podejścia jedne z tych utworów pozostały akustycznymi balladami, a inne przyjęły bardziej złożoną formę muzyczną.
Kompozycje, w których doszło do większej instrumentacji przyjęły postać utworów rockowych z mocnymi riffami ciążącymi w stronę hard rocka, a nagrania akustyczne przybrały formę folk rockową. Także wcześniej Anderson tworzył już utwory w takich stylach, ale tutaj te kompozycje zostały dopracowane, pozbawione naleciałości bluesa, a o ich ostatecznej formie zdecydowało także wykonanie. A to było inne niż to proponowały poprzedniego wcielenia zespołu Jethro Tull, bo Anderson dokonał reorganizacji swego zespołu: najpierw zatrudnił na potrzeby koncertów swego dawnego znajomego Johna Evansa występującego pod scenicznym pseudonimem Evan, a potem w miejsce wyrzuconego z grupy Glena Cornicka zatrudnił nowego basistę, swego innego znajomego Jeffreya Hammonda. Ten ostatni był znany fanom Tull już wcześniej choćby z wielu tytułów piosenek jakie poświęcił mu lider na wcześniejszych płytach, np. „A Song For Jeffrey”.
Obaj z nich byli dawnymi znajomymi Andersona o pewnej dla niego lojalności, dzięki czemu umocnił się on jako lider – już wtedy był trochę tyranem jakim stał się później Roger Waters, uważającym swoje koncepcje artystyczne za jedynie słuszne. Ale też wielką słabością obu nowych członków grupy było to, iż byli muzykami z ograniczonymi kompetencjami. Z tego powodu, np. Hammond dopiero uczył się grać na basie, Anderson musiał podczas sesji na ten album zagrać za Hammonda niektóre partie basu. W sumie do grona zaufanych w składzie grupy należał też Martin Barre, który w 1968 r. zastąpił w niej na stanowisku gitarzysty Micka Abrahamsa (to on był głównym konkurentem Andersona do stanowiska lidera). W takim układzie jednym pierwotnym muzykiem zespołu, który pozostawał z nim od początku pozostał perkusista Clive Bunker bliższy bluesa i koncepcjom artystycznym Micka Abrahamsa i Glena Cornicka niż Andersona. Już po nagraniu tej dalekiej od bluesa płyty Clive Bunker także odszedł od Tull, bo nie było tam już dla niego miejsca.
Te dość istotne zmiany personalne wpłynęły także na ogólne brzmienie nagrań. W takich okolicznościach 24-letni Ian Anderson stal się niekwestionowanym liderem zespołu Jethro Tull, bo żaden innym członek tego zespołu nie miał już alternatywnej wizji tego jaką muzykę grupa powinna tworzyć. Do umocnienia pozycji Andersona przysłużył się także sukces finansowy i artystyczny albumu „Benefit”. Ważną rolę w nagrywaniu albumu odegrał też David Palmer, którzy przygotował aranżacje orkiestrowe niektórych utworów. Sam Anderson jak już wcześniej wspomniano skupił się na komponowaniu utworów, pisaniu tekstów do nich, grze na gitarze akustycznej, flecie i wykonywaniu głównych partii wokalnych. Ponadto był głównym producentem albumu wspomaganym przez menadżera grupy Terry Ellisa. Nowe wcielenie Tull przyniosło nie tylko nowe utwory, ale także nową koncepcję brzmienia całego zespołu opartą na większym zróżnicowaniu głośności poszczególnych kompozycji i nadaniu im bogatszej kolorystyki brzmieniowej od fragmentowi cichych i akustycznych, po głośne i oparte na instrumentach elektrycznych.
Pomimo, że jako pierwszy powstał i był grany na koncertach utwór „My God” z drugiej strony płyty, to pomysł na całościową zawartość muzyczną albumu narodził się u Andersona dopiero z biegiem czasu. Główny wpływ miała na to jego ówczesna żona Jenni Franks, która wówczas zbierała materiały o bezdomnych w Londynie na potrzeby filmu dokumentalnego jaki chciała nakręcić. W tym celu zrobiła serię zdjęć bezdomnym na nabrzeżu Tamizy. To zainspirowała Andersona do napisania kilku tekstów opowiadających o problemach ludzi z nizin społecznych Wielkiej Brytanii, co uzupełnił kilkoma innymi piosenkami w tym autobiograficzną. Znalazły się potem one na pierwszej stronie winylowego wydania płyty. Na drugiej stronie Anderson zamieścił piosenki z rozważaniami na temat religii i Boga. Album „Aqualung” był nagrywany etapami w londyńskich studiach: Island Studio i Morgan Studio w kwietniu, czerwcu i grudniu 1970 r., a dokończony w lutym 1971 r. Większość materiału na album nagrano w nowym studio wytwórni Island - Basing Street Studio w grudniu 1970 r. Jak wspominał potem Anderson, było to całkiem nowe studio w którym muzycy nie najlepiej się czuli i w którym z trudem przychodziło im tworzenie nowego repertuaru.
Album „Aqualung” różni pismacy na całym świecie i tzw. znawcy powszechnie uważają za album koncepcyjny, choć sam jego autor czyli Ian Anderson wielokrotnie temu zaprzeczał. Moim zdaniem to nie tyle album koncepcyjny, co pod względem tekstowym płyta z dwoma różnymi przesłaniami: na stronie A winyla zwanej „Aqualung” poświęcona była głównie sprawom społecznym, a na stronie B – kwestiom religijnym. Po obu stronach płyty Anderson umieścił lżejsze utwory o różnej tematyce w tym autobiograficzny. Oryginalna winylowa wersja albumu obejmuje 11 utworów o rożnej długości, 6 na stronie A i 5 na stronie B, w sumie niecałe 43 minuty muzyki. Jednak pomimo podjęcia tematyki społecznej, czy też religijno-moralnej w piosenkach tego albumu Anderson nie zakładał iż wywrą one jakiś cel obyczajowy czy polityczny, bo nie wierzył w sprawczą moc piosenek w realnym świecie jak np. Bob Dylan.
Najważniejszym utworem tej strony płyty jest tytułowy prawie sześć i półminutowy „Aqualung” będący przezwiskiem nadanym przez Andersona londyńskiemu włóczędze i bezdomnemu. Pierwotnie Anderson chciał nazwać go inaczej, ale uznał że nazwa „Włóczęga” będzie odstraszać od tego nagrania i płyty potencjalnych nabywców dlatego nazwał ją „Aqualung” od syczących dźwięków wydawanych przez to urządzenie, a podobnych także do odgłosów wydobywających się z gardeł wielu znanych mu bezdomnych. To utwór rockowy oparty na od razu wpadającym w ucho gitarowym riffie stopniowo przechodzący w słowno-muzyczną opowieść z fortepianem, gitarą akustyczną, modulowanym elektronicznie głosem, zmianami tempa i nastroju, bliską progresywnemu rockowi. W jego środku znalazła się bardzo ciekawa solówka gitarowa Martina Barre. Tekst tej piosenki opowiada o samotnie wędrującym przez miasto starcu z chorą nogą, który dawno utracił własne szczęście i godność. To człowiek obleśny i brudny, odpychający fizycznie i żyjący z tego co znajdzie na ulicy, bądź też otrzyma w punkcie pomocy Armii Zbawienia. Nocami chowający się w różnych norach i kanałach, a w ciepłe dni siedzący na ławce w parku i zerkający pod spódniczki młodych dziewcząt i kobiet. Z jednej strony utwór wyrażał współczucie wobec bezdomnych, a z drugiej był przejawem lęku przed nimi. To na pewno jeden z najlepszych kompozycji Iana Andersona i Jethro Tull.
Czterominutowy utwór „Cross-Eyed Mary” („Zezowata Maryśka”) także oparto na rockowym riffie, ale tym razem jego instrumentem wiodącym był flet, a nie gitara przy czym ozdobiono go dodatkowo bogatą smyczkowo-fortepianową aranżacją z wyraźnie słyszalnym syntezatorem. Gitara Martina ma tutaj służebne zadanie w stosunku do całości melodii, choć i tutaj znalazło się miejsce na jego krótką solówkę, a swymi ciętymi akordami stale przypomina o tym, że to nagranie rockowe, podobnie jak głośny wokal Andersona. Tekst utworu opowiada o Zezowatej Maryśce, młodocianej prostytutce, która pochodząc z biednej rodziny musi radzić sobie sama w życiu. Ale też, choć jest jeszcze dzieckiem lubiącym cukierki, lubi także swoją rolę jako maskotki dla bogatych sponsorów. Sama zresztą nazywa się bogatą dziewczyną i Robin Hoodem swej dzielnicy. Ale też pomaga biednym z jej okolicy, a często widuje też wspomnianego w poprzedniej piosence Aqualunga obserwującego ją pożądliwym okiem i przewieszonego przez balustradę.
Trwający niecałe półtorej minuty utwór „Cheap Day Return” („Tani bilet w obie strony”) to utwór oparty na delikatnym brzmieniu gitary akustycznej oraz głosu Andersona z bardzo ładną i wpadającą w ucho melodią. Tekst opowiada o powrocie Andersona z odległego od Londynu szpitala w Blackpool, w którym leczono jego ojca, stąd mowa w nim o dworcu kolejowym w Preston i myślach na temat tego, czy jest tam dobrze leczony. Pierwotnie utwór ten miał być częścią większej całości wraz z m.in. nagraniem „Locomotive Breath”.
Nagranie „Mother Goose” („Matka Gęś”) liczące prawie 4 minuty także ma głównie charakter głównie akustyczny. Jego stanowi wspólna melodia prowadzona przez gitarę akustyczną, flet i głos Andersona będący w tym wypadku jakby trzecim instrumentem. Pod względem aranżacyjnym utwór był misternie dopracowany włącznie z elektroniczną modulacją głosu wokalisty. Krytycy chwalili potem to nagranie jako utwór będący niezwykłą interpretacją dawnych piosenek angielskich z misternie ułożonymi frazami (tak styl nazwano potem „elżbietańskim madrigalem”). Anderson nazywał ją „surrealistycznym pastiszem o letnich motywach”. Jego tekst ma charakter surrealistyczny z jednej strony opowiada o uwolnieniu przez podmiot liryczny Matki Gęsi na lokalnym targowisku, potem o marszu w kierunku letniego kąpieliska, rudobrodym hodowcy drobiu z brzydką siostrą, spotkanym po drodze i budzącym grozę Stracha na Wróble, a w końcu stwierdza że jest Długim Johnem Silverem. W sumie to taki typowy strumień świadomości, w którym jego poszczególne wersy mnie mają głębszego sensu.
„Wond'ring Aloud” („Włócząc się bez celu”) to kolejna akustyczna ballada tym razem trwająca niecałe dwie minuty z bogatym wypełnieniem smyczkami w części środkowej. Ta orkiestracja to oczywiście dzieło Dawida Palmera. Tym razem Anderson śpiewa lirycznie i delikatnie. Tekst utworu opowiada o mężczyźnie leżącym w łóżku z kobietą, bawiącym się jej włosami i rozmyślającym o ich wspólnym losie i przyszłości. W końcu ona przynosi mu grzanki na śniadanie, a on stwierdza, że w miłości tylko dawanie czegoś komuś ma sens i czyni człowieka wartościowym.
Ponad trzyminutowe nagranie „Up to Me” („To zależy ode mnie”) kończyło pierwotnie pierwszą stronę płyty winylowej i było powrotem zespołu do gry w pełnym składzie. Pierwotnie miało ono wchodzić w skład większej całości wraz „Cheap Day Return” i „Locomotive Breath”. Utwór ten ma zresztą motyw melodyczny podobny do tego ostatniego nagrania. Utwór rozpoczyna się od niezidentyfikowanego gwaru i płynnie przechodzi do przewijającego się przez jego całość gitarowo-fletowo-fortepianowego riffu. Jak zwykle wyróżnia się wiodący wokali lidera ale i zakłócające sielankę głównej melodii krótkie ale ostre wejścia gitary solowej. Tym razem Anderson śpiewa z pewnym natchnieniem raz melodyjnie i delikatnie, a innym razem bardziej agresywnie i rockowo. W utworze dosłownie słuchać echa dawnego bluesowego Tull, z jego skłonnością do improwizacji na flecie, choć w samej muzyce nie maj już za grosz bluesa. Jedna część tekstu tej piosenki opowiada z perspektywy mężczyzny historię dziewczyny, którą zabrał do podrzędnego baru i myśli o porzuceniu jej tam, a także o ewentualnej scenie do jakiej może dojść jak pójdą do kuzyna Jacka. Z kolei ona rozmyśla nad tym, czy nie posunęli się w swych działaniach za daleko. Druga część tekstu porusza wątek sprawczości w życiu („to zależy ode mnie”) na co podmiot liryczny podaje liczne dość surrealistyczne przykłady, np. zniknięcie filiżanki, czy za szeroko wiszące mankiety spodni. W końcu podmiot liryczny stwierdza, że jest tylko zwykłym pracującym człowiekiem i na tym ta kolejna surrealistyczna opowieść się kończy.
Drugą stronę płyty otwiera najdłuższy na niej utwór „My God” („Mój Boże” liczący ponad siedem minut. Wraz utworami „Hymn 43” oraz „Wind-Up” tworzy trylogię nagrań w sferze tekstowej zastanawiających się nad kwestiami religijnymi w życiu człowieka. We wczesnej fazie tworzenia tego utworu na basie grał w nim jeszcze Glenn Cornick. Utwór zaczyna się od gitary akustycznej, która przed pierwszą minutą tworzy zręb melodii przewijającej się już do końca tego nagrania w różnych wariantach nastroju i instrumentacji. Jej trzonem brzmieniowym jest głos Andersona, to natchniony, to brzmiący groźnie, w tle z podkładem fortepianu, który stopniowo staje się w nim głównym instrumentem melodycznym. Dosłownie czuje się że tym razem jego opowieść ma bardziej dramatyczny charakter, niż we wcześniejszych piosenkach. Jednak największe wrażenie robi napięcie wywołane około drugiej minuty utworu pomiędzy cichymi fragmentami granymi przez gitarę akustyczną i fortepian, a nagłym ostrym wejściem gitary i innych instrumentów w tym fletu, który staje się tutaj też instrumentem solowym. To właśnie piękne solo na flecie trwające prawie do piątej minuty w połączeniu z fragmentem chóralnym na syntezatorze około czwartej minuty jest tym, co najbardziej wyróżnia to nagrania spośród wielu innych kompozycji grupy. To też fragment najbardziej zbliżony klimatem do klasycznego progresywnego rocka z jego bogatą symfoniczną fakturą dźwiękową. W połowie szóstej minuty następuje powrót do głównego tematu melodycznego wraz z pozostałym instrumentarium grupy, po czym nagranie stopniowo ulega wycieszeniu. Jego tekst jest rodzajem biblijnego apokryfu, w którym podmiot liryczny pyta ludzi, co właściwie zrobiliście z Bogiem? Potem odpowiada, że poprzez religię uwięzili go w „złotej klatce”, a przecież Bóg jest „niczyj” i jest „wewnątrz każdego z nas”. W końcu stwierdza, że „przeklęty kościół angielski” uwięził ludzi w swych kajdanach obiecując im zbawienie, a sam może zaoferować im jedynie „plastikowe krucyfiksy”. Trzeba powiedzieć że to mocny tekst i obrazoburczy w stosunku do wszystkich zorganizowanych religii, choć mowa w nim tylko o Kościele anglikańskim. Ale z drugiej strony to nie jest tekst bluźniący na Boga, a jedynie wskazujących na złe strony każdej religii.
Dynamiczny i rockowy z natury „Hymn 43” („Hymn 43”) przez ponad trzy minuty od początku do końca atakuje słuchacza kaskadą porywających od pierwszej chwili dźwięków z wszystkich instrumentów zespołu. Tutaj członkowie Tull mogli w pełni poczuć, że są równoprawnymi wykonawcami kolejnego dzieła Andersona poświęconego religii. Wyróżniają się riffy obu gitarzystów i rock and rollowo grający fortepian, ale generalnie nie ma tutaj popisów solowych poza wokalem lidera. Utwór ma bowiem zwartą konstrukcję w której nie ma miejsca na takie popisy muzyków. Tekst tego utworu także dotyczy kwestii religijnych i ma formę modlitwy do Boga, stąd jego pierwsze słowa wzywają Boga („Ojcze nasz wysoko w Niebie”) by uśmiechnął się (miał litość) do pogrążonych w pogoni za pieniędzmi ludzi na Ziemi. Potem podmiot liryczny wspomina o przemocy kolonialnej i wytępieniu Indian przez „białych” i mówi o krwawych poszukiwaczach chwały, w końcu prosi Jezusa o ratunek. Jednak nawet Mesjasz jest przytłoczony obłudą ludzi, ich chciwością i hipokryzją. W sumie to przenikliwa i gorzka refleksja nad kondycją zachodniego społeczeństwa i wypaczeniem chrześcijańskich wartości duchowych.
Nieco ponad jednominutowy „Slipstream” („Znikający strumień”) to kolejna wyciszona ballada z wyeksponowanym brzmieniem gitary i głosu Andersona, ale wzbogacona orkiestrową aranżacją będąca wytchnieniem po rockowym zgiełku wcześniejszego utworu. To także wstęp do kolejnego kluczowego nagrania na tym albumie, czyli „Locomotive Breath”.
Prawie cztero i pół minutowy utwór „Locomotive Breath” („Oddech lokomotywy”) powszechnie uważa się za najbardziej znane w pełni oryginalne nagranie zespołu Jethro Tull. Pierwsza minuta tego utworu, to spokojny fragment fortepianowy stworzony przez Evana, nawiązujący do bluesa. Około pierwszej minuty utwór nabiera muzycznego tempa dzięki zespołowemu riffowi wszystkich instrumentalistów tworzącemu przewodni wątek melodyczny całego nagrania. Z tą chwilą utwór przekształca się w pełnowartościowe nagranie rockowe napędzane sekcją rytmiczną imitującą monotonię jazdy pociągiem. Jak w innych utworach wyeksponowano tutaj głos Andersona z jego solówką na flecie w części środkowej, a gitara i fortepian wypełniają drugi plan muzyczny. Ale, niestety, gdy utwór nabiera pełnej hard rockowej mocy i rodzi nadzieję na swe pełne instrumentalne rozwinięcie zostaje wyciszony po czym się kończy. Lepsze są jego dłuższe wersje koncertowe gdzie utwór ten mógł w pełni się rozwinąć i wybrzmieć. Nagranie to powstało wieloetapowo, a więc najpierw Anderson nagrał swe partie na gitarze, wokalu i flecie a także innych instrumentach, a potem pozostali muzycy dograli swe instrumenty. Z tego powodu sprawia ono wrażenie jakby innych muzyków w nim prawie nie było, albo byli sprowadzeni na drugi plan. Przyjęcie przez Andersona takiego procesu nagrywania tego utworu wynikało jednak nie tyle z chęci pomniejszenia roli własnych muzyków, co z tego, że w studio razem nie umieli osiągnąć pożądanego brzmienia. Wybór przez Andersona na temat przewodni tego nagrania lokomotywy nie był przypadkowy i wynikał z dwóch przesłanek. Pierwszym był fakt, iż pociąg był częstym motywem wielu piosnek bluesowych, popowych i rockowych w przeszłości, a drugim fakt, że Anderson często podróżował po rodzinnym kraju właśnie tym środkiem lokomocji. To właśnie ciężki i monotonny pęd lokomotywy ku bliżej nieokreślonemu celowi dał mu impuls do nazwania tak tego utworu.
Jednak w wypadku tego nagrania nie chodziło jednak dosłownie o lokomotywę, a o bezmyślny pęd ludzi do bogactwa i władzy, które – jak stwierdził - przypadają jedynie nielicznym – za to wszyscy muszą się mierzyć z konsekwencjami bezmyślnego rozmnażania się ludzi prowadzącego do przeludnienia, głodu i biedy. I ten właśnie bezmyślny pęd nazywany jest przez podmiot liryczny w tym utworze „oddechem lokomotywy”. Ten pęd lokomotywy określany jest szaleństwem, a jej oddech przypomina o przegrzaniu się systemu, który nieuchronnie prowadzi do jego zagłady, bo nie ma możliwości, aby zatrzymać tę lokomotywę. Podmiot liryczny ponownie przyjmuje tutaj nieco humorystyczną, ale i surrealistyczną formę i opisuje mijane jedna po drugiej stacje kolejowe, ale także wspomina o kobiecie, która dobrze bawi się z kochankiem w łóżku. Opowiada o szukaniu przez wszystkich klucza umożliwiającego zatrzymanie tej lokomotywy, ale nie nikt nie może go znaleźć. Jak się okazuje potem ukradł go stary Charlie będący emanacją Złego Losu lub Diabła, stąd nie ma możliwości, aby lokomotywa się zatrzymała czy zwolniła a tym samym ocaliła jadących pociągiem pasażerów przed nieuchronną katastrofą.
Kończący album sześciominutowy utwór „Wind-Up” („Koniec przedstawienia”) jest ostatnim z trójki znajdujących się na nim nagrań o tematyce religijnej. Rozpoczyna się jak folkowa ballada z gitarą akustyczną i śpiewem Andersona którym towarzyszy fortepian Evana. Po upływie półtorej minuty dochodzą do tego inne instrumenty, a także charakterystyczny dla tego nagrania riff gitarowy. Głos Andersona staje się bardzie dynamiczny, a utwór przybiera w pełni rockową formę. Blisko czwartej minuty wyróżnia się solówka gitarowa Martina Barre, po czym utwór przechodzi z powrotem do formuły bardziej folk-rockowej, by zakończyć się – jak początek w balladowym stylu. Co ciekawe, w tym utworze nie ma wyraźne sola na flecie charakterystycznego do wielu innych bardziej dynamicznych nagrań na tym albumie.
Tekst utworu ma charakter na wpół biograficzny i opowiada o młodości Andersona i konieczności przymusowej nauki religii w szkole wraz z nakazem chodzenia w niedzielę na nabożeństwa. Jak zauważa, przestrzeganie zakazów i nakazów odbywało się oczywiście kosztem nauki samodzielnego myślenia i odróżniania dobra od zła. Ale pewnego dnia zadał on Bogu pytanie o to, czy nakazy religii są zgodne z jego wolą. A wtedy zrozumiał, że Bóg nie wymaga przestrzegania nakazów i dogmatów ustanowionych przez człowieka w zakresie wiary. Bo jak stwierdził wiara w Boga polega bowiem na głębokim wewnętrznym przeżyciu, a nie na oparciu jej na rutynizacji i rytualizacji usankcjonowanej przez religie, np. poprzez bezmyślne powtarzanie modlitw i niedzielne chodzenie do kościoła. W końcu stwierdza, że większym miernikiem wartości człowieka niż ślepe przestrzeganie norm religijnych jest zrobienie czegokolwiek innego dobrego np. skomponowanie dobrej piosenki. Uznał też za bardzo złe żerowanie duchownych na strachu ludzi przed śmiercią.
Na tym utworze zakończył się repertuar pierwotnego wydania album „Aqualung”. Na mojej jego wersji wydanej z okazji jego 25-lecia dodano pięć dodatkowych nagrań, a także fragment wywiadu Ianem Andersonem. Pierwszym z tych pięciu nagrań był niespełna trzyminutowy humorystyczny utwór „Lick Your Fingers Clean” („Oblizuj palce do czysta”) z dobrym rockowym feelingiem opartym na bardziej zespołowej grze grupy z ładną partią fletu. W jego tekście nie tyle chodziło o dosłowne lizanie palców, co raczej o ich obmycie ze złych czynów a zwłaszcza ze zbytniego materializmu w przeddzień osądu żywota każdego człowieka. Pierwotnie nagrano go z myślą o umieszczeniu na albumie „Aqualung”, ale niespodziewanie przed jego ukazaniem się w ostatniej chwili go z niego wycofano. Natomiast wraz z „Up To Me” planowano jego wydanie na singlu promującym album, co też nie zostało zrealizowane. Po raz pierwszy opublikowano go dopiero wiele lat później. Ponadto znalazła się tutaj kwadrofoniczna, nieco krótsza niż oryginał, wersja utworu „Wind Up” oraz trzy starsze nagrania w lekko innych wersjach zarejestrowane na potrzeby prezentacji w radiu BBC: „Song Fort Jeffrey”, „Fat Man”, „Bouree”.
Album „Aqualung” nie byłby tym czym jest obecnie w kulturze masowej, bez okładki przedstawiającej nieznanego włóczęgę. To obraz akwarelowy namalowany przez Burtona Silvermana na podstawie zdjęcia zrobionego przez Jennie Anderson – ówczesną żonę Iana Andersona. Było to zdjęcie przedstawiające bezdomnego na Thames Embankment (Nabrzeżu Tamizy) w Londynie. Pomysł okładki należał do Andersona, ale samą okładkę zamówił i zakupił od wspo0mnianego malarza właściciel wytwórni Chrysalis Records – Terry Ellis. Zgodnie z zaleceniem Silvermann namalował portret tego włóczęgi z rysami podobnymi do Andersona, ale 20 lat starszego. Andersona finalnie nie był jednak zadowolony z tego, że postać włóczęgi z okładki okazała się zbyt podobna do niego, bo to sugerowało że piosenka „Aqualung” ma autobiograficzny charakter.
W Europie album na płycie winylowej wydała wytwórnia Chrysalis / Island, a w obu Amerykach, Australii i Oceanii wytwórnia Reprise. W chwili wydania w 1971 r. album dobrze się sprzedawał dochodząc w Wielkiej Brytanii do 4 pozycji, w Stanach Zjednoczonych do miejsca 7, we Włoszech był 2, w Danii, Norwegii i Australii był 3, a w Niemczech Zachodnich i Kanadzie był 5. W krajach komunistycznych nie był on oficjalnie dostępny (pojawił się tam dopiero w połowie lat 90.). Dzięki temu że album ten sprzedał się potem w na świecie w liczbie 7 mln egzemplarzy grupa Jethro Tull dorównała w sławie i sukcesach komercyjnych zespołowi Led Zeppelin, co było celem szefostwa Chrysalis i Island Records. Było to możliwe dzięki temu, że Tull stworzył na tym albumie własny oryginalny styl będący w muzyce połączniem rocka, folku i muzyki dawnej, a w tekstach łączący strumień świadomości z przenikliwymi obserwacjami społecznymi i religijnymi, a razem łącząc elementy poważne i humorystyczne.
Do chwili obecnej ukazało się około 553 wersje tego albumu na rożnych nośnikach, w tym 140 na płytach kompaktowych. Jego pierwszego wznowienia na płycie CD dokonała wytwórnia Chrysalis w Europie w 1983 r. (rok późni ej wydano go też w USA). Jego pierwsze japońskie wydanie ukazało się w 1988 r. Ja mam kilka wersji tego albumu na płytach CD. Najstarszą z nich jest ta tutaj opisana przygotowana na 25-lecie wydania tego albumu w 1996 r. Opublikowała ją wytwórnia Chrysalis pod tytułem: „Aqualung (25th Anniversary Special Edition)”. Tę właśnie wersję kupiłem w nieistniejącym już sklepie płytowy „Elvis” w Gliwicach w trzecim tygodniu maja 1997 r. za 45 zł (wtedy to było dużo pieniędzy).






